Justyna i Piotr Kłapytowie

O Stanisławie Vincenzie z Justyną i Piotrem Kłapytami rozmawia Jakub Żmidziński

(Wierchowina – Żabie, 1 VIII 2013)

Czy wszystko zaczęło się od doktora Matusza Trolla, geografa z UJ?

Piotr Kłapyta: Raczej nie, choć jego wpływ też miał znaczenie. Właściwie pierwszą osobą, która spowodowała, że poważniej zainteresowałem się Karpatami Wschodnimi, był mój przyjaciel ze studiów, śp. Artur Nowotarski z Rymanowa. On bardzo mnie przypominał pod względem zamiłowań i podejścia do życia. Wiele mi przekazał: prawdziwą i szczerą pasję do gór, przyrody, geografii, potem też do wschodniokarpackiej muzyki ludowej. Kiedy rozpoczynaliśmy studia w roku 2000, bardzo modne stały się zespoły folkowe, czerpiące inspiracje z tradycyjnej muzyki Hucułów, Bojków i Łemków: Orkiestra św. Mikołaja, Dżereło i cały krąg muzyków skupionych wokół Mikołajków Folkowych. Prócz tego pojawiły się nagrania miejscowych grup, a wśród nich status kultowych zyskały płyty kapeli Czeremosz Romana Kumłyka i albumy rodziny Tafijczuków z Bukowca. Na początku właśnie przez muzykę, fotografię, mapy i przewodniki zbliżałem się do Huculszczyzny, dopiero dwa lata później zorganizowaliśmy kilkudniową wyprawę.

Pierwszy mój wyjazd w Karpaty Wschodnie odbyłem z Arturem i przyjaciółmi z roku. Przeszliśmy trasę z Rafajłowej w Gorganach, przez Świdowiec, do Czarnohory. Wtedy po raz pierwszy poczułem klimat tych przestrzeni – może niezupełnie inny niż w rejonie Babiej Góry, gdzie się wychowałem, ale bardziej tajemniczy i fascynujący ogromem. Bo tutaj się mówi: góry nie mają granic – rozległy horyzont, który widzimy, nie powoduje w nas uczucia strachu czy lęku, ale przyciąga do siebie, każe iść dalej i dalej. To właśnie zainteresowało mnie jako geografa – geomorfologa: wielka przestrzeń. Cztery lata później Karpaty Wschodnie, za sprawą doktora Trolla, stały się elementem mojej działalności akademickiej: tutaj prowadziłem badania terenowe do pracy magisterskiej pt. Rzeźba Czarnohory ze szczególnym uwzględnieniem odcinka Howerla – Turkuł, dwukrotnie biorąc udział w studenckich obozach naukowych. W tym okresie pojawiła się też Justyna, która pomagała mi przy pracochłonnym kartowaniu rzeźby zakarpackiej części Czarnohory.

To były badania do doktoratu czy do magisterki?

P.K.: Do pracy magisterskiej. Te do rozprawy doktorskiej prowadziłem w słowackiej i polskiej części Tatr Zachodnich. A Czarnohora wymaga dalszych badań, aby odtworzyć jej dzieje z okresu ostatniego zlodowacenia i zastosować te wszystkie metody, które poznałem w Tatrach.

Rozmawiałem dzisiaj z Kubą Węgrzynem, prowadzącym Chatkę na połoninie Kosaryszcze. Spytałem, czy przywiódł go tu Vincenz. Odpowiedział, że nie przywiódł, ale przywitał. A jak to wyglądało w twoim wypadku?

P.K.: Vincenz był dla mnie swoistym duchowym przewodnikiem po Huculszczyźnie. Literatury spajającej interesujące mnie zagadnienia natury i kultury górskiej mamy stosunkowo mało. Żeby dobrze poznać taki świat, nie wystarczy tylko orientacja w topografii, ogromnie ważne jest też zgłębianie tradycji i kultury ludzi, którzy tam żyją. Karpaty kryją w sobie ogromny potencjał, osobliwe połączenie bogactwa przyrody i wielobarwnej mozaiki lokalnych tradycji, historii, obrzędowości. Wszystkie elementy doskonale tutaj współgrają i uzupełniają się. Dla mnie najciekawsze są te obszary, gdzie przetrwał silny związek człowieka z naturą, stanowiący o istocie kultury górskiej. W Karpatach Wschodnich można ją poznać namacalnie, gdyż ludzie długo tu gospodarowali według dawnych wzorów i zachowali w pamięci stare tradycje i obrzędy.

Dzieło Vincenza przenosiło mnie w czasie i przestrzeni w krainę „starowickiej” Huculszczyzny. Czytałem je więc w każdej wolnej chwili jako rodzaj osobistego przewodnika po Karpatach Wschodnich. Z taką lekturą można było po tych górach wędrować nieco inaczej niż po zatłoczonych Tatrach czy Beskidach: mając w oczach obrazy „połonińskiego chidu” czy „puszczy pierwowiecznej – bożego lasu”. Co ciekawe, trafiając do miejsc znanych z kart tetralogii, wiele razy stwierdzaliśmy, że w stosunku do opisu sprzed prawie stu lat dużo się nie zmieniło.

Vincenz w dziwny sposób stale towarzyszył nam także w poznawaniu siebie, bo – ku naszemu zdziwieniu – okazało się, że spoczywa w Krakowie, niedaleko naszego domu. Odkryłem to całkiem przypadkowo, spacerując kiedyś wieczorem w rejonie kopca Kościuszki, czyli w okolicy dość popularnej wśród krakusów, którzy chcą stamtąd spojrzeć na Tatry czy Karpaty. Wtedy, choć zupełnie tego nie planowałem, skręciłem na Cmentarz Salwatorski i trafiłem na grób Vincenza i jego żony Ireny.

Czy w tamtym okresie czytałeś już jego książki?
P.K.: Oczywiście, jedną nawet miałem tego wieczora w plecaku. Dostałem ją od Justyny (wówczas właściwie jeszcze mojej dziewczyny, nawet nie narzeczonej) i od jej ojca Andrzeja, mego przyszłego teścia.

Pamiętasz moment, kiedy usłyszałeś o pisarzu i zacząłeś lekturę?
P.K.: Nazwisko Vincenza pojawiało się w przewodnikach po Huculszczyźnie. Przedtem, niestety, nie znałem jego utworów, ale zaintrygowało mnie to nazwisko, gdyż było jakieś obce – ani nie polskie, ani nie huculskie. W artykułach o Karpatach często widywałem cytaty z Na wysokiej połoninie – znakomicie wzbogacały prezentację topografii. Wtedy zafascynowało mnie, że można mówić o górach w taki sposób, że nabierają one cech tajemniczej i wciągającej przestrzeni, jakby wołały i zapraszały do siebie. Chciałem w końcu przeczytać ważne dla mnie dzieło, ale udało się to dopiero wtedy, kiedy otrzymałem w prezencie pierwszy tom Połoniny.

Justyna Cząstka-Kłapyta: Ja pamiętam jedno zdarzenie, bodaj z roku 2003. Około trzeciej w nocy wracaliśmy z jakiejś imprezy. Nagle Piotrek zatrzymał się przy księgarni i wpatrywał się w jakiś punkt. Spytałam: „Na co tak patrzysz?”. Piotrek mi odpowiedział: „Wiesz, Justynko, tak bardzo chciałbym mieć tę książkę!”. A wyrzekł to z taką tęsknotą... (śmiech). To była Połonina. Wtedy zapytałam: „Kto to jest Stanisław Vincenz?”. On odparł: „To jest niezwykła książka, chciałbym ją mieć, tylko jest strasznie droga”. Przekazałam te słowa mojemu ojcu, a on stwierdził, że jeśli mój kolega chce czytać Vincenza, to musi być wyjątkowym człowiekiem. I kupił mu tę książkę! Vincenz przyciągnął Piotrka do siebie tam, na Salwatorze – bo wierzymy, że on cały czas z nami jest, że się z nami kontaktuje. On też wierzył, że istnieje cienka granica między tym a tamtym życiem. Tak mówią Huculi.

P.K.: Vincenz przygotował mnie również do działalności naukowej w Czarnohorze, bo przed wyjazdem zdążyłem skończyć pierwszy tom Połoniny. Miałem już szerszą wiedzę o tradycji opryszkowskiej, a więc w trakcie analiz terenowych opowiadałem Justynie, co wyczytałem w Prawdzie starowieku.

Można zatem powiedzieć, że najpierw były wyprawy i badania, a Vincenz pojawiał się w literaturze krajoznawczej. Później dostałeś pierwszy tom Połoniny. Jak ci się go czytało?

P.K.: Miałem go stale ze sobą.

J.Cz.-K.: Nosił w plecaku, czytał w tramwaju, wszędzie.

P.K.: Tak, woziłem go na wakacje...

Przecież to trudna lektura...

P.K.: Czytało mi się go dobrze, bo kojarzyłem opisane miejsca z mapą i układało mi się to w logiczną całość – w przestrzeni nie ma chaosu, ona jest uporządkowana.

J.Cz.-K.: Ale pamiętasz chyba coś więcej niż tylko takie techniczne spostrzeżenia? Co odczuwałeś, gdy czytałeś?

P.K.: To była wyprawa w głąb siebie, jak zawsze, kiedy ma się do czynienia z wybitnymi książkami z przesłaniem. Chce się też odwiedzić przedstawione w tekście przestrzenie i skonfrontować literaturę z rzeczywistością. Poza tym lektura umożliwiała swoistą podróż w przeszłość – pozwalała wkroczyć w starą Huculszczyznę i wędrować z bohaterami Vincenza.

Czyli Vincenz pełnił funkcję przewodnika po tej przestrzeni...

P.K.: Tak, tak, zdecydowanie! Jak już mówiłem, na początku był dla mnie przede wszystkim przewodnikiem. Takim, którego chce się stale słuchać, by jak najwięcej się od niego dowiedzieć. On potem nam pomagał, kiedy Justyna prowadziła własne badania, bo ja miałem już wtedy podstawy wiedzy o Huculszczyźnie, o tradycji i obrzędowości, więc mogłem zasugerować, czego szukać. Kiedy kończyłem projekt, jeszcze w trakcie tego samego obozu Justyna poprosiła, żebyśmy zeszli do dolin, aby zbierać huculską muzykę. I wówczas Vincenz znów nam bardzo pomógł, bo ona jeszcze nie była świadoma, co można znaleźć, nie znała nawet nazw instrumentów. Wsparłem ją wiedzą o tradycjach huculskich, pochodzącą z Połoniny.

Justyno, jak się zrodził pomysł, by zbierać muzykę huculską?

J.Cz.-K.: To Piotrek mnie zaraził Huculszczyzną, Vincenzem, więc musiałam wykorzystać swoje wykształcenie etnomuzyczne do wejścia w głąb tej kultury. Kiedy przyjechaliśmy pierwszy raz na badania naukowe (to były badania geomorfologiczne, zorganizowane przez doktora Trolla) w Czarnohorę (na Pożyżewską) i wysiedliśmy z busa, Piotrek rozejrzał się i od razu zaczął pokazywać mi różne szczyty i miejsca. Mówił mi o nich w taki sposób, w jaki zostały one opisane w opus magnum Vincenza. Zresztą w klimacie Vincenzowskich pasm pozostaliśmy do końca naszego pobytu pod Howerlą. Co bardzo interesujące, Piotrek zdawał się naprawdę wierzyć w te wszystkie mityczne opowiadania Hucułów, tak barwnie i sugestywnie odtworzone przez mistrza z Bystreca. Za przykład mogę podać położone u stóp Turkuła pełne tajemnic jeziorko Niesamowite. Według Hucułów zamieszkują je dusze potępionych ludzi, a jego woda ma właściwości magiczne, działające także na instrumenty muzyczne. Kiedy pierwszy raz dotarliśmy do tego zakątka Czarnohory, Piotrek od razu wyciągnął z plecaka sześciootworową piszczałkę babiogórską, którą odziedziczył po swoim dziadku, i zanurzył ją w jeziorze. Powiedział mi wówczas cichym głosem: „Teraz będzie mieć lepszy dźwięk – tak mówi legenda w Prawdzie starowieku”.

P.K.: Bo ty porównywałaś wszystko z Tatrami, z opisami Chałubińskiego...

J.Cz.-K.: Tak, ja traktowałam tę wyprawę jako odkrycie nowego zakątka Karpat. Byłam wtedy przekonana, że nie będę w stanie pokochać innej ich części niż Tatry, Podhale czy Pieniny, w których się wychowywałam od dzieciństwa i o których czytałam z pasją już w szkole podstawowej. Muzykę huculską zaczęłam dokumentować na drugim roku studiów muzykologicznych. Z początku wydawała mi się nieatrakcyjna, dziwna, a nawet śmieszna – ze względu na swoją monotonię regularnie powtarzanych formuł melodycznych. Huculi wygrywają je bez końca jako kanwę do spontanicznego śpiewu jednej z osób, bo tam śpiew jest zrośnięty z grą na instrumencie, ona pełni funkcję nadrzędną w stosunku do partii wokalnej, mającej charakter recytatywny. Cecha ta wskazuje na rytualno-magiczne podłoże muzyki huculskiej i jest z pewnością podstawowym elementem odróżniającym ją od muzyki górali podhalańskich.

Dobrze rozumiem, że wychowałaś się w domu, gdzie panował kult Tatr, i zaczytywałaś się literaturą górską?

J.Cz.-K.: Tak, od najmłodszych lat przebywałam w świecie kultury ludowej. Rodzice uczyli mnie nawiązywania przyjaźni z góralami, sposobu rozmawiania z nimi. Dialog taki zawsze musiał się odnosić do kwestii egzystencjalnych, życiowych. Ważne było zachowanie prostoty i elementu humorystycznego, co wymagało dystansu do siebie. Stąd też szybko złapałam kontakt z Hucułami, bo pod tym względem nie różnią się oni od naszych górali karpackich, chociaż może wydają się bardziej romantyczni i wrażliwi. Ta wrażliwość odnosi się również do szacunku, jakim darzą przyrodę, góry, pastwiska, drzewa itp.

Gdy słuchałem Piotra, pomyślałem, że on łączy w sobie postawę oświeceniowego badacza gór, takiego jak Stanisław Staszic, który otworzył Karpaty dla kultury polskiej, z postawą romantycznego podróżnika i folklorysty, jakim był choćby „Kolumb Podhala” – Seweryn Goszczyński.

J.Cz.-K.: I Wincenty Pol, również geograf...

P.K.: I poeta.

J.Cz.-K.: I on też pisał o folklorze.

Więc jakoś ta formacja romantyczna pięknie się dopełnia.

J.Cz.-K.: Może faktycznie nosimy w sobie coś z romantycznego, zbliżonego do chłopomanii podejścia do gór i do ludzi w nich żyjących. Ważne jest tu jednak, że interesujemy się górami i kulturą ludową także od strony historycznej, biologicznej, geograficznej, muzycznej, etnograficznej i antropologicznej. Bo Karpaty są dla nas – jak dla Vincenza – domem, są przestrzenią, poza którą raczej nie wychodzimy i w której się w pełni realizujemy jako ludzie i naukowcy.

Wasze badania trwały kilka lat. Przyjeżdżaliście tu zimą, czasami w ekstremalnych warunkach. Razem z kolędnikami chodziliście pieszo po parę tygodni...

J.Cz.-K.: Dwa tygodnie. Po pierwszym pobycie rozchorowaliśmy się i wylądowaliśmy w łóżku z wysoką temperaturą (śmiech).

Ludzie bardzo życzliwie was przyjmowali...

J.Cz.-K.: Bardzo. Przyjechaliśmy tu bez jedzenia, bez pieniędzy. Nic nie płaciliśmy za noclegi i nie musieliśmy się troszczyć o to, co zjemy.

Ile było takich wypraw badawczych?

J.Cz.-K.: Od 2008 do 2011 roku...

P.K.: Cztery wyprawy w zimie i jeszcze na wiosnę i w listopadzie.

J.Cz.-K.: I latem, żeby zasłużyć na zaufanie potrzebne do wejścia w samoistny świat kolędowania. Po okresie zimowym znów musieliśmy przyjechać, by poddać weryfikacji niezwykle trudne do zrozumienia teksty kolęd, zwłaszcza pod kątem dialektyzmów i symboli, których – rzecz jasna – już nie pojmują ich wykonawcy.

A jaką rolę w tym wszystkim odegrało dzieło Vincenza? Czy równolegle je czytałaś?

J.Cz.-K.: Owszem, ale tylko fragmenty. W całości znam jedynie Prawdę starowieku, będącą kluczem do zrozumienia mechanizmów funkcjonowania autentycznych ludowych systemów kulturowych, wierzeń i obyczajów Hucułów. Niestety, nie miałam wtedy czasu, by zagłębić się we wszystkie części cyklu, czynię to dopiero teraz. Styl pisarski Vincenza niezwykle przemawia do mojej wyobraźni i wrażliwości. Pierwszą część tetralogii można określić (za znawcami tej twórczości) mianem antropologicznego eseju przedstawionego w sposób artystyczny, poetycki. Mnie osobiście zainteresowały fragmenty odnoszące się do świata muzyki (np. do kolędowania, do sposobu wykonywania trembity i do jej zastosowania w obrzędach), ale nie tylko, bo przecież aby zrozumieć kulturę muzyczną, trzeba zdobyć wiedzę o pełni życia danej ludności, o jej wierzeniach, światopoglądzie i obyczajach. W tym na pewno pomogła mi ta lektura, w której autor ukrył jak najbardziej autentyczne i wiarygodne teksty folkloru huculskiego.

Vincenz nie tyle mitologizował realne przekazy, ile opisywał rzeczywistość mityczną – huculski świat zaczarowany?

J.Cz.-K.: Tak, chociaż nie można wykluczyć hipotezy, że celowo odtworzył obraz Huculszczyzny w sposób nieco wyidealizowany – taki właśnie, jaki kryją w sobie mity. W nich bowiem prezentują się idealne wzorce życia, postaw, zachowań, jakie normowały i po części do dzisiaj normują życie tamtejszej społeczności. W dziele Vincenza znajdziemy wiele prawdziwych historii i mitów ludowych, zapewne zaczerpniętych przez pisarza od znanych mu ostatnich opowiadaczy z rejonu Czarnohory. Te elementy, w tym teksty pieśni, kolędy noszące w sobie szczątki huculskiej mitologii, są kluczowe dla jego światopoglądu, stanowią bowiem skarbnicę wiedzy, wartości uniwersalnych, ponadczasowych (europejskich), emanację najgłębszych pokładów ducha ludzkiego.

Na razie mówicie mi o waszej działalności naukowej, która splotła się z fascynacją Vincenzem, a nie poruszyliście w ogóle wątku festiwali, ogromnego zaangażowania nie tyle naukowego, ile raczej edukacyjno-popularyzatorskiego. Skąd się wziął pomysł, żeby wkładać tak wiele energii w tego typu działania?

P.K.: Wszystko zaczęło się tutaj, w miejscu, gdzie obecnie jesteśmy. Po pierwszym pobycie badawczym na Huculszczyźnie zrodziło się w nas pragnienie, by choć cząstkę tego regionu przywieźć do Krakowa, pokazać w Polsce, gdyż wydało nam się, że pamięć o tym zakątku Karpat zanika, również w świecie akademickim – oczywiście za wyjątkiem geograficznego. Takie źródło miał festiwal „Za głosem trembity”, który pierwszy raz odbył się w 2006 roku. Bardziej wymyśliła go Justyna, bo ona już wcześniej przygotowywała różne wydarzenia kulturalne związane z muzyką – dzięki działalności w kole naukowym muzykologów. Miała większe doświadczenie, ja się kompletnie nie znałem na organizacji tego typu przedsięwzięć. Bardzo jednak chciałem jej pomóc, fizycznie i merytorycznie. Wtedy zgłosiliśmy się ze wstępnie opracowanym programem artystyczno-naukowym do Stowarzyszenia „Wschodnia Perspektywa”. Ich specjaliści od marketingu stwierdzili, że temat może się sprawdzić, i zaproponowali, żeby to był festiwal, bo my początkowo planowaliśmy tylko konferencję naukową, przegląd filmowy i koncert muzyki huculskiej. Wówczas też nawiązaliśmy kontakt z kilkoma osobami mającymi huculskie doświadczenia, m.in. z Karoliną Kwiecień, która akurat pisała doktorat o tradycji religijnej i magii Hucułów, a potem kupiła dom na Huculszczyźnie, w Bystrecu. Pierwszy festiwal miał charakter rodzinny, organizowaliśmy go całkowicie honorowo przy finansowym wsparciu naszych przyjaciół. Do udziału zaprosiliśmy poznany dawniej w krakowskiej restauracji Chimera zespół huculski – kapelę Czeremosz Romana Kumłyka, z Mikołajem Iliukiem grającym na drugich skrzypcach. On z kolei ściągnął nas do siebie i ten moment stał się początkiem ciągu zdarzeń i przygód, którym nie ma końca. Co ciekawe, wiele osób zainteresowało się tym festiwalem, został on wyjątkowo dobrze odebrany. A potem dowiedzieliśmy się, że Vincenz spoczywa na Cmentarzu Salwatorskim w Krakowie, i uświadomiliśmy sobie, że on prawdopodobnie patronował całemu przedsięwzięciu nawet wtedy, gdy jeszcze nie wpadliśmy na pomysł jego organizacji i oficjalnie tego nie ogłosiliśmy.

Sam tytuł też jest wyciągnięty z Prawdy starowieku...

P.K.: Oczywiście.

J.Cz.-K.: Ten festiwal naprawdę otworzyły trembity. Właśnie z punktu widzenia Vincenza było to wydarzenie historyczne, ponieważ po raz pierwszy do miasta, które pisarz wybrał na miejsce swego pochówku (pierwotnie wskazywał Lwów), przyjechała huculska kapela i zagrała na trembitach – jeszcze nie u jego grobu, tylko na rynku. Ale zaraz po zakończeniu stwierdziliśmy, że brakowało tu Vincenza, że następny festiwal zrobimy już z Homerem Huculszczyzny! Kolejny miał więc miejsce w 120. rocznicę jego urodzin i nosił nazwę Festiwalu Huculskiego im. Stanisława Vincenza.

Zorganizowaliście chyba pierwszą w Polsce nienaukową imprezę, która bezpośrednio odwoływała się do dorobku Vincenza.

J.Cz.-K.: Ale to nie była impreza typu: muzyka, jedzenie i filmy. Miała też charakter naukowy, bo festiwalom zawsze towarzyszyły konferencje. Postanowiliśmy jednak, że będą one otwarte dla wszystkich – chodziło o przystępność wiedzy akademickiej i o jej ożywienie przez wyjście z nią zarówno do miłośników Karpat, Huculszczyzny, kultury ludowej, jak i do zwykłych zjadaczy chleba. Dla mnie rdzeń wydarzeń zawsze stanowiła właśnie ta część naukowa.

Organizacja festiwalu wykraczała poza nasze możliwości, przekraczała nas, ale mimo to mieliśmy na tyle siły – czasem zastanawialiśmy się skąd – żeby podołać wyznaczonym sobie celom. Sądzimy, że to kwestia jakiegoś bardzo osobistego przeświadczenia, że to jest zadanie, które zostało nam dane (w darze) do wypełnienia i nie liczy się racjonalna ocena sytuacji, czy można to zrealizować, czy nie, ważne są jedynie chęci i ten wewnętrzny imperatyw.

W tym samym okresie do naszej wioski w górach przyszedł na parafię nowy proboszcz. Okazało się, że jest nim zasłużony dla pamięci Vincenza na Ukrainie ksiądz Alfons Górowski. Powitał mieszkańców w stroju huculskim i z trembitą. Wtedy zrozumieliśmy, że nie ma przypadków – jak zresztą mawiał sam Vincenz.

No tak, ksiądz Górowski przez osiem lat był proboszczem w Kołomyi, wmurował tam tablicę pamiątkową poświęconą pisarzowi...

J.Cz.-K.: Tak. Zrobił dla niego bardzo wiele. Oprócz tego, o czym wspomniałeś, postawił też pomnik w Słobodzie Rungurskiej, na miejscu, gdzie Vincenz miał swój rodzinny dom, gdzie przyszedł na świat w 1888 roku.

P.K.: Niedługo po tym, jak pojawił się w naszym życiu ksiądz Górowski, postanowiliśmy włączyć do programu czytanie Vincenza przez aktorów z krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Nie zabrakło również filmów, m.in. tego najbardziej znanego – Śladami Vincenza w reżyserii Waldemara Czechowskiego. W trakcie drugiego festiwalu Huculi po raz pierwszy zagrali przy grobie pisarza, w 120. rocznicę urodzin – 20 lat po sprowadzeniu jego prochów do Polski i chyba po raz pierwszy od jego śmierci. Oprócz tego w jednym z najstarszych kościołów w Krakowie, na Salwatorze, została odprawiona msza święta w intencji Ireny i Stanisława Vincenzów, co stało się już tradycją. Zawsze koncelebrował ją ksiądz Górowski z duszpasterzem artystów Krakowa i proboszczem na Salwatorze księdzem Jerzym Bryłą, który uczestniczył też w pochówku prochów Vincenzów.

Wasze działania, zwieńczone największym festiwalem, „Słowiańską Atlantydą 2011”, zintegrowały ludzi zafascynowanych Huculszczyzną oraz dorobkiem Vincenza. Dokonaliście tego, że prócz badaczy, widujących się na różnych konferencjach, miało okazję spotkać się szerokie grono krajoznawców, czytelników, artystów. Czy wasza fascynacja wiąże się bardziej z literaturą, czy z osobowością Vincenza?

J.Cz.-K.: Trudno powiedzieć, ponieważ w jego działalności pisarskiej bardzo czytelnie odsłania się jego osobowość, ale z pewnością właśnie indywidualny, osobisty aspekt tej twórczości jest mi najbliższy. Pozwala mi zrozumieć moje własne miejsce w świecie i jednocześnie wartość życia, jego ukryte sensy i ład, który jest częścią nas samych i natury, której z kolei my jesteśmy częścią. To piękne przesłanie filozofii Vincenza, tak głęboko związanej ze światopoglądem ludowym!

P.K.: Hmm... chyba tak. Osobowość skupiająca w sobie różne kierunki, bardzo, bardzo bogate: zamiłowanie do folkloru, tradycji, natury, bo Vincenz kochał chodzić po górach, podobnie jak my zresztą. Podoba mi się w nim to, że przez całe życie był aktywny, lubił prowadzić dialog z drugim człowiekiem, zawsze znajdował chwilę na rozmowę, żył jakby w innym wymiarze czasu. Przy tym uwielbiał dalekie spacery, stanowiące okazję do najciekawszych dyskusji. Jego syn Andrzej opowiadał, że pisarz zaczął wyprawy od Dzembronii, a potem wędrował po okolicy domu w La Combe. Ponadto miał szerokie zainteresowania i to z pewnością bardzo mi imponuje.

J.Cz.-K.: Poznając Hucułów, potrafiłam sobie wyobrazić, kim był Stanisław Vincenz. Mam wrażenie, że on przesiąknął Huculszczyzną, fascynował się nią – sam mówił: „Przyjechałem do ojczyzny człowieczej”. Gdy chodził po chatach, żył wśród ludu huculskiego, doświadczał jego dobroci, wesołości, harmonijnej egzystencji we wspólnocie, przy nieinstrumentalnym podejściu do innych, rodził się w nim pewien typ osobowości i umacniał pogląd o wyjątkowości i niepowtarzalności każdego człowieka, nawet zbaczającego na niewłaściwą drogę. Temu zresztą poświęcił książkę Dialogi z Sowietami. Teraz trudno spotkać takich ludzi jak doktor Vincenz, coraz bardziej zaczynają dzielić poglądy polityczne itp. Na Huculszczyźnie można jeszcze doświadczyć takiego podejścia do człowieka: bezinteresownego, akceptującego, czyli powodującego, że czujemy się spełnieni, kochani i bezpieczni.

P.K.: Jednak wymaga to przyjęcia pewnej charakterystycznej postawy wobec tej społeczności. Ludzie tu mówią, że jak się chce być przez nich zaakceptowanym, to trzeba jakby stać się jednym z nich, stać się Hucułem. Nie w znaczeniu, że powinno się chodzić w stroju huculskim i śpiewać po huculsku, chociaż i to jest istotne, ale że należy podzielać ich system wartości, zgadzać się z ich poglądem na świat, zwłaszcza w kwestii podejścia do natury i do spraw wiary. Mam tu na myśli Stwórcę ukrytego w świecie przyrody i działania spójne z tymi wartościami uniwersalnymi, o których pisał Vincenz, czyli z tolerancją, zaufaniem i akceptacją innego. Ważne też, by zachowywać pokorę, czyli nie narzekać na trudności egzystencji ani na swoje miejsce w świecie, ale dziękować Bogu za to, co się otrzymało. Musieliśmy spać w chatach huculskich nieraz w bardzo ciężkich warunkach, przy minusowych temperaturach w pokojach albo z całą rodziną w jednej izbie, gdzie – na wypadek pójścia za potrzebą – na noc wnoszono wiadro do wspólnego użytku, przykryte szmatą. Mimo to było wesoło, czuliśmy się nieskrępowani, zupełnie jak u siebie w domu, bo akceptowaliśmy gościnność i sposób życia tych ludzi.

Rozumiem, że Vincenz oddziaływał na was jak taki Sokrates, opisany przez Platona, archetyp mędrca. A co u Vincenza jest dla was do dzisiaj najważniejszym przesłaniem, największą wartością?

P.K.: Bardzo cenię Outopos, rodzaj dziennika czasu wojny. To są luźne notatki, zapiski przemyśleń filozoficznych – często nieprawdopodobnie wręcz trafne. Choćby te dotyczące religii, o godach życia, w jakich mamy uczestniczyć. Wszystko mamy podane niby na wielkim talerzu i od nas zależy, jak to wykorzystamy: czy właściwie użyjemy darów ukrytych wokół nas, czy nie. Podoba mi się też u Vincenza wizja Boga – jest chrześcijańska, ale i huculska: Bóg jako przyjaciel, bliski, a nie daleki, siedzący w niebie; ktoś, na spotkanie z kim należy się cieszyć, a nie martwić. Myślę, że to akurat pisarz zaczerpnął od Hucułów, podobnie jak wizję śmierci jako labilnej, nie dość wyraźnej granicy między tym a tamtym życiem, i przeświadczenie, że wokół nas bytują cienie przodków. Duchowość huculska, lokalna teologia stale podkreśla, że żyjący egzystują razem ze zmarłymi, pozostają w związkach. Jedni drugim pomagają, tworząc górski mikrokosmos. Jedni z drugimi cały czas uczestniczą w uczcie życia, bo nie ma uczty śmierci.

Poza tym intrygują mnie zapisy nutowe w Połoninie. Na nutach się nie znam, ale zawsze mnie interesowało, co jest tam utrwalone. To mnie zainspirowało, żeby na własną rękę poduczyć się tej muzyki. Dokładnie w tym miejscu, gdzie jesteśmy, stawiałem pierwsze kroki w zgłębianiu wiedzy o instrumentach huculskich, bo Mikołaj ma ich wiele. On dawał mi podstawowe wskazówki, odtwarzał pierwsze melodie. Gromadziłem też nagrania i zetknąłem się z tą sztuką bezpośrednio – na festiwalach huculskich.

J.Cz.-K.: Do tego stopnia, że sam dołączyłeś do kapeli...

P.K.: Tak, na ostatnim festiwalu mogłem – jako polski Hucuł (śmiech) – zagrać w zespole huculskim na sopiłce, dudzie i na rogu, co zawsze było moim marzeniem.

J.Cz.-K.: I dzisiaj Piotrek przyjeżdża i stroi dudki Hucułom... (śmiech).

No i gra na trembicie razem z mistrzem Tafijczukiem.

P.K.: To jest jeszcze dalekie od ideału.

J.Cz.-K.: Huculi zaprosili Piotrka do czynnego udziału w kolędowaniu w funkcji trembitara, bo w tej profesji coraz bardziej zaczyna tu brakować ludzi.

Czyli wszystkie instrumenty dęte są w zasięgu twoich zainteresowań?

P.K.: Pasterskie. Bo tradycja pasterska jest mi najbliższa z racji wspólnych korzeni z Hucułami – czy w ogóle z góralszczyzną.

Odżywa w Tobie...

P.K.: ...krew wołoska. Co ciekawe, rejon Babiej Góry ma bardzo silne związki z Huculszczyzną. Słynny Hugon Zapałowicz, badacz moich rodzinnych stron, opisał florę czarnohorską i zrobił tutaj pierwszy zielnik. On zawsze woził ze sobą górala z Zawoi, Wawrzyńca Szkolnika. Sam fakt, że Babia Góra jest najwyższym masywem Beskidów Zachodnich, a Czarnohora – Wschodnich, powoduje, że występuje tu dużo zbieżności przyrodniczych, geograficznych, ale i kulturowych. Co ciekawe, kiedy Vincenz opowiadał, w jakim miejscu w powojennej Polsce chciałby mieszkać, wskazał właśnie na Babią Górę, która najbardziej mu przypominała Huculszczyznę. Zresztą badania etnograficzne dowodzą, że górale babiogórscy zachowali wiele archaicznych tradycji, związanych choćby z tańcem i muzyką, przywodzących na myśl pewne elementy funkcjonujące na Huculszczyźnie – np. obyrtka jest kopią hucułki, tańczonej na weselach.

Wracając do wartości pism Vincenza...

J.Cz.-K.: Według mnie jego przesłanie zachęca do otwarcia się na dialog – ze wszystkimi religiami, grupami etnicznymi i narodami. Podobało mi się w Dialogach z Sowietami, że Vincenz nie mylił ideologii sowieckiej z człowieczeństwem jako takim. Dla niego zawsze najważniejsza była wiara w ludzi, w ich wartość. To podejście jest mi bardzo bliskie. Ważna wydaje mi się również Vincenzowska teoria poznania, czerpiąca z filozofii platońskiej, polegającej – w wielkim skrócie – na wejściu w siebie, do najgłębszych pokładów duszy, czyli „pamięci” (mneme), gdzie Stwórca ukrył wrodzony nam ład świata, kosmiczny porządek. Naszym zadaniem jest go odkrywać, bo w przeciwnym razie nigdy nie nauczymy się czytać z tego niewidzialnego „pisma światowego”, jakim jest samo życie natury, nigdy nie będziemy umieli zobaczyć celowości i sensowności zdarzeń, w których uczestniczymy i które nas otaczają (bo nic nie dzieje się przypadkiem!). Pokazuje to zresztą cała długa historia festiwalu huculskiego – czy byśmy chcieli, czy nie, związanego z Vincenzem.

Mam wrażenie, że dla was jest ważne, że nie ma rozdźwięku między tym, co Vincenz pisał, a tym, jak żył. Że jego biografia potwierdza idee głoszone przez niego w literaturze, co się rzadko zdarza.

J.Cz.-K.: Tak, tak, nie uciekał w abstrakcję. Mnie się wydaje, że u niego pióro było narzędziem odkrywania siebie. Pisząc, wędrował w głąb własnej psychiki. Nawet przez to, co czytał, również przez Platona czy Homera poszukiwał czegoś we własnej duszy.

Praca naukowa finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego
pod nazwą "Narodowy Program Rozwoju Humanistyki" w latach 2012-2015

© Copyright 2012 -2018 by Uniwersytet Wroclawski

Realizacja: RED Agencja interaktywna Wrocław